- Deep Purple, Maybe I'm A Leo
Xawery opuścił wieko skórzanej, brązowej walizki, szarpnął za suwak.
Zamek zaciął się, nie pierwszy już zresztą raz. Świeżo upieczony kapłan westchnął ciężko i zaczął ciągnąć zapięcie w drugą stronę, a to po chwili ustąpiło, chociaż nie tak, jak sobie tego ksiądz-teolog życzył.
Lekko skorodowany ekler praktycznie rozsypał się na kawałki pod wpływem intensywnej próby zapięcia.
Ksiądz Xawery Mistarz podniósł głowę, wciągnął nosem powietrze.
Pachniało wiosną.
Mężczyzna wyjrzał przez uchylone, dość niewielkie okno. Kwietniowe słońce zdawało się toczyć wojnę z szarawymi chmurami, choć od pewnego czasu obłoki stały się jakby leniwsze i mniej groźne, dzięki czemu jasne światło zdominowało niebo i ziemię.
Duchowny podniósł prawą dłoń i spojrzał na cyferblat zegarka - wciąż tego samego, starego chronometru, który dostał na komunię. Przez tyle lat oczywiście nie obyło się bez napraw.
"Chyba trzeba coś zrobić ze szkiełkiem", pomyślał duszpasterz, z trudem odczytując godzinę, co zresztą wymagało drobnej gimnastyki i odpowiedniego ustawienia tarczy czasomierza. Powierzchnia sferycznego szkiełka była zmatowiała i podrapana, w jednym miejscu szkło pękło (czy raczej ukruszyło się). Widać było już od jakiegoś czasu, że jego dni są policzone.
"Chyba trzeba coś zrobić ze szkiełkiem", pomyślał duszpasterz, z trudem odczytując godzinę, co zresztą wymagało drobnej gimnastyki i odpowiedniego ustawienia tarczy czasomierza. Powierzchnia sferycznego szkiełka była zmatowiała i podrapana, w jednym miejscu szkło pękło (czy raczej ukruszyło się). Widać było już od jakiegoś czasu, że jego dni są policzone.
Wskazówki pokazywały godzinę jedenastą.
"Pora wyruszać", pomyślał ksiądz. Pożegnał się już, z kim miał się pożegnać. Czas oddać się posłudze, czas tchnąć dobro w grzeszne miasto, nieść radość i miłość przez głośne ulice.
Xawery wziął walizkę pod pachę, chwycił mocno, aby zawartość nie skończyła na podłodze, wyszedł i drugą ręką zamknął za sobą drzwi.
Pociąg wyjeżdżał dwie minuty po południu.
Pociąg do Warszawy.
---
Feliks Kurzycki, idąc w stronę Starego Miasta, rozważał - jak zresztą często robił, gdy szedł gdzieś na nogach lub jechał autobusem. Rozważał różne "za" i "przeciw", a jego umysł płynnie przenikał pomiędzy stanem idealnego porządku i harmonii a bałaganem i kompletną zawieruchą myśli; tematy łatwo się przeplatały, wątek zdawał się zanikać, jednak nie mierziło to genetyka ze stolicy. Wręcz przeciwnie.
Uważał, że chaos pozwala mu lepiej rozwijać teorie, filozofie, snucia i domysły.
Naukowiec generalnie był lekkoduchem, a przez długi czas i niezłym hultajem i łapserdakiem; miał bardzo otwarty umysł, dysponował potężnym poczuciem humoru, przez co jego koledzy - choć był bardzo lubiany - nie zawsze traktowali go poważnie.
A w zasadzie, na serio brany był rzadko.
Choć na uczelni studiował genetykę, jego zainteresowania rozciągały się na wszelkich płaszczyznach. Tego dnia - wolnego zresztą, gdyż była to sobota - postanowił udać się na Starówkę, aby przyjrzeć się architekturze, posłuchać grajków, a może i nawet uraczyć się pańską skórką.
Tego przysmaku jednak niestety nie udało mu się wypatrzeć, więc udał się - swoją ulubioną, cichą i spokojną, okrężną drogą przez ulicę Krzywe Koło - na słynne, legendarne wręcz lody Hoduń. Racząc się przysmakiem, ponownie obszedł Rynek. Przystanął w miejscu, zastanawiając się, czy pójść na taras widokowy, aby paść swe oczy widokiem prawostronnej Warszawy, czy raczej pójść w stronę Placu Zamkowego, aby spojrzeć na Pragę z perspektywy tamtego miejsca. Mógłby też wejść na wieżę kościoła św. Anny.
W końcu poszedł na taras, jednak grupa małych, hałaśliwych dzieci sprawiła, że dość szybko odpuścił sobie próbę relaksu. Wyrzucił papierek po lodzie do kosza i ruszył ku alternatywnemu celowi, czyli pod Zamek Królewski.
Jeszcze kilka chwil wcześnie niemal zupełnie bezchmurne niebo zaczęły dość szybko zasnuwać coraz masywniejsze i ciemniejsze chmury. Naukowiec zmartwił się nieco - był bardzo lekko ubrany - ale szybko przestał się przejmować.
Gdy stanął przed bazyliką św. Jana, łaskawie udzielając ognia napotkanemu wąsaczowi o niesamowitych, dość zadziwiających zresztą - mężczyzna wyglądał bardzo młodo - siwiejących brwiach (Kurzycki, choć sam nie palił, miał przy sobie akurat zapałki - jakiś czas wcześniej pomagał w organizacji ogniska i od tego czasu znajdowały się one w tylnej kieszeni jego dżinsów, co zresztą nie pozostało bez wpływu na ich użyteczność), niebiosa - zdałoby się - otwarły się dokładnie ponad ich głowami. Deszcz lunął niczym z odwróconego wiadra, co było tym bardziej zaskakujące, że do tej pory tamten maj był nadzwyczaj ciepły i słoneczny. Papieros nie zgasł tylko dzięki sporemu rondu kapelusza palacza. Mężczyzna podziękował pośpiesznie, zapiął płaszcz i ruszył szybkim krokiem, w ciągu kilku sekund znikając w ulicy Zapiecek. Feliks rzucił okiem na katedrę i szybkim krokiem wszedł do środka, aby uchronić się przed przemoknięciem. Pojemnik na wodę święconą był pusty i suchy.
"Trudno", pomyślał, po czym przyklęknął i przeżegnał się - choć nie czuł się wyznawcą żadnej konkretnej religii, chciał zachować szacunek wobec miejsca, w którym się znajdował, ludzi, którzy tam byli oraz w końcu samego Boga. Wstał, a następnie usiadł w najbliższej pustej ławie, blisko brzegu. Przez chwilę podziwiał architekturę wnętrza, które było dość ciemne, co tylko pogłębiało interesujący stan odprężenia, lecz zarazem pewnej zadumy. Po ścianach, kolumnach i podłodze ciągnęły się cienie, a światło - wchodzące do świątyni głównie przez uchylone wrota oraz zachwycająco piękne witraże - delikatnie podkreślało unoszące się w powietrzu drobiny kurzu. Szczególną uwagę zwracały pozornie misterne kształty sufitu, które tak naprawdę były dość proste i geometryczne, ale zarazem po prostu piękne.
Feliks siedział w ławce, eksplorując własny umysł. Wsłuchał się w spotęgowany echem się odgłos dżdżu, dochodzący zza jego pleców.
Po jakimś czasie - mógł to być kwadrans, lecz równie dobrze i ponad godzina - pojedyncze osoby, porozrzucane po kościele - zaczęły wychodzić. Deszcz nie padał już praktycznie w ogóle. Pogrążony w myślach genetyk zwrócił na ten fakt uwagę dopiero po chwili; świątynia była niemalże pusta, do kolejnego nabożeństwa było zapewne jeszcze sporo czasu. Wstał, wyszedł z ławki, znów oddał hołd Wszechmogącemu i już miał skierować się ku wyjściu, gdy zobaczył kątem oka - i usłyszał pełnią ucha - księdza, który w boleśnie wyglądający sposób poślizgnął się na mokrej posadzce obok konfesjonału. Stał tuż obok, więc nie pozostał obojętny i pomógł kapłanowi wstać.
- Bóg zapłać... Ech, i sutanna pękła - powiedział nieco niedbale duchowny.
- Przykro mi. Nic ojca nie boli? - zapytał z troską naukowiec, choć zabrzmiało to nieco sztucznie; nieczęsto zdarzało mu się rozmawiać z książętami. - Może potrzebuje ojciec pomocy? Nie wyglądało to zbyt przyjemnie... Aczkolwiek przyznam, niezłego orła ojciec wywinął. Godnego podziwu. Naprawdę.
- Nie, nie, dziękuję.
- Na pewno?
- Tak... - ksiądz spróbował oprzeć ciało na prawej nodze, jęknął i sapnął z bólu - No, może jednak... Muszę usiąść.
Stali tuż obok konfesjonału; Feliks pomógł duszpasterzowi usiąść. Poprzez dziurę w szacie widać było, że lewa łydka puchnie z chwili na chwilę. Kurzycki ostrożnie unieruchomił nogę.
- Zadzwonię na pogotowie. Trzeba się tym zająć.
Genetyk wykonał telefon i usiadł na ławce, na przeciwko księdza. Czekając na karetkę, mężczyźni wdali się w rozmowę.
- Dziękuję, ee... Jak właściwie masz na imię?
- Feliks. A ksiądz?
- Xawery. - spojrzał na nogę, syknął. Bolała go, lecz dzięki prowizorycznemu usztywnieniu ból wynikający z ruchów kończyny został zredukowany do minimum. - Dopiero niecały miesiąc jestem w tej parafii, a tu taki wypadek. Oby to nie było nic poważnego.
Xawery delikatnie głaskał krzyżyk na pierścionku-różańcu, zapewne odruchowo. Być może się modlił?
- To raczej nic wielkiego - powiedział po chwili biolog. - Choć przekonamy się zapewne już za kilka chwil.
Telefon duchownego zawibrował. Xawery przeprosił i odebrał. Choć starał się nie rozmawiać przez komórkę w kościele, dzwonił biskup. Nie chciał go zignorować, więc szybko wytłumaczył, że nie przygotuje dziś mszy. Biskup zrozumiał, choć nie brzmiał na zadowolonego. Pożegnał się i rozłączył.
- Chcesz może, bym cię wyspowiadał?
- Nie, dziękuję. - odparł Feliks, a po chwili zastanowienia dodał: - W zasadzie to jestem niewierzący.
- Ach, rozumiem, dobrze.
Przyjazd pogotowia się przedłużał, mężczyźni wkrótce zeszli na tematy teologiczne - te Xawery znał nawet lepiej, niż większość księży, ponieważ przed seminarium ukończył studia teologiczne. Wiedza Feliksa była oczywiście mniejsza, lecz ponieważ genetyk interesował się właściwie wszystkim, nie zostawał za bardzo w tyle za kapłanem i dyskusja płynęła wartko. Wnioski, do których dochodzili, były dla nich obojga bardzo ciekawe i oboje uważali, że rozmowa jest jedną z ciekawszych od dłuższego czasu.
- Wolna wola przecież może być metodą, której Bóg użył, by świat sam dążył do odpowiedniej harmonii.
- A z czasem i do słusznych celów!
- Dokładnie! - ksiądz westchnął z zachwytu. Podobało mu się, że w końcu może porozmawiać z kimś o religii, nawet jeśli był to ateista.
A może nie "nawet", a "szczególnie"...?
Feliks siedział w ławce, eksplorując własny umysł. Wsłuchał się w spotęgowany echem się odgłos dżdżu, dochodzący zza jego pleców.
Po jakimś czasie - mógł to być kwadrans, lecz równie dobrze i ponad godzina - pojedyncze osoby, porozrzucane po kościele - zaczęły wychodzić. Deszcz nie padał już praktycznie w ogóle. Pogrążony w myślach genetyk zwrócił na ten fakt uwagę dopiero po chwili; świątynia była niemalże pusta, do kolejnego nabożeństwa było zapewne jeszcze sporo czasu. Wstał, wyszedł z ławki, znów oddał hołd Wszechmogącemu i już miał skierować się ku wyjściu, gdy zobaczył kątem oka - i usłyszał pełnią ucha - księdza, który w boleśnie wyglądający sposób poślizgnął się na mokrej posadzce obok konfesjonału. Stał tuż obok, więc nie pozostał obojętny i pomógł kapłanowi wstać.
- Bóg zapłać... Ech, i sutanna pękła - powiedział nieco niedbale duchowny.
- Przykro mi. Nic ojca nie boli? - zapytał z troską naukowiec, choć zabrzmiało to nieco sztucznie; nieczęsto zdarzało mu się rozmawiać z książętami. - Może potrzebuje ojciec pomocy? Nie wyglądało to zbyt przyjemnie... Aczkolwiek przyznam, niezłego orła ojciec wywinął. Godnego podziwu. Naprawdę.
- Nie, nie, dziękuję.
- Na pewno?
- Tak... - ksiądz spróbował oprzeć ciało na prawej nodze, jęknął i sapnął z bólu - No, może jednak... Muszę usiąść.
Stali tuż obok konfesjonału; Feliks pomógł duszpasterzowi usiąść. Poprzez dziurę w szacie widać było, że lewa łydka puchnie z chwili na chwilę. Kurzycki ostrożnie unieruchomił nogę.
- Zadzwonię na pogotowie. Trzeba się tym zająć.
Genetyk wykonał telefon i usiadł na ławce, na przeciwko księdza. Czekając na karetkę, mężczyźni wdali się w rozmowę.
- Dziękuję, ee... Jak właściwie masz na imię?
- Feliks. A ksiądz?
- Xawery. - spojrzał na nogę, syknął. Bolała go, lecz dzięki prowizorycznemu usztywnieniu ból wynikający z ruchów kończyny został zredukowany do minimum. - Dopiero niecały miesiąc jestem w tej parafii, a tu taki wypadek. Oby to nie było nic poważnego.
Xawery delikatnie głaskał krzyżyk na pierścionku-różańcu, zapewne odruchowo. Być może się modlił?
- To raczej nic wielkiego - powiedział po chwili biolog. - Choć przekonamy się zapewne już za kilka chwil.
Telefon duchownego zawibrował. Xawery przeprosił i odebrał. Choć starał się nie rozmawiać przez komórkę w kościele, dzwonił biskup. Nie chciał go zignorować, więc szybko wytłumaczył, że nie przygotuje dziś mszy. Biskup zrozumiał, choć nie brzmiał na zadowolonego. Pożegnał się i rozłączył.
- Chcesz może, bym cię wyspowiadał?
- Nie, dziękuję. - odparł Feliks, a po chwili zastanowienia dodał: - W zasadzie to jestem niewierzący.
- Ach, rozumiem, dobrze.
Przyjazd pogotowia się przedłużał, mężczyźni wkrótce zeszli na tematy teologiczne - te Xawery znał nawet lepiej, niż większość księży, ponieważ przed seminarium ukończył studia teologiczne. Wiedza Feliksa była oczywiście mniejsza, lecz ponieważ genetyk interesował się właściwie wszystkim, nie zostawał za bardzo w tyle za kapłanem i dyskusja płynęła wartko. Wnioski, do których dochodzili, były dla nich obojga bardzo ciekawe i oboje uważali, że rozmowa jest jedną z ciekawszych od dłuższego czasu.
- Wolna wola przecież może być metodą, której Bóg użył, by świat sam dążył do odpowiedniej harmonii.
- A z czasem i do słusznych celów!
- Dokładnie! - ksiądz westchnął z zachwytu. Podobało mu się, że w końcu może porozmawiać z kimś o religii, nawet jeśli był to ateista.
A może nie "nawet", a "szczególnie"...?